#Kulinarna Środa: Muffiny z jabłkami i wanilią.

#Kulinarna Środa: Muffiny z jabłkami i wanilią.

W poniedziałek obiecałam prosty przepis- taki który można zrobić w międzyczasie świątecznych przygotowań, więc dzisiejszym późnym wieczorem zapraszam Was na pyszne muffiny z jabłkami i wanilią.

 

Przygotowanie ciasta nie powinno zająć więcej niż 15 min. 
Osobiście naprawdę je uwielbiam!
Myślę, że trafią one w gust wszystkich.. no może oprócz miłośników czekolady, niestety w moim przypadku wszystko co ma w sobie kakao jest wykluczone, więc bardzo.. ale to bardzo polubiłam się z muffinami z budyniem bądź przeróżnymi owocami.  Gotowi? Zaczynamy!

Przepis bazowy zaczerpnęłam ze strony:
Polecam serdecznie, jednak ja zmodyfikowałam go trochę pod własne podniebienie i najbardziej dostępne produkty.

                Potrzebne będą nam dwa typy składników: suche i mokre.
SUCHE:
  • ·         250g mąki pszennej
  • ·         ½ szklanki cukru (może być trzcinowy bądź zwykły
  • ·         1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ·         1 łyżeczka cynamonu (opcjonalnie. Sama go nie użyłam)

MOKRE:
  • ·         1 szklanka mleka
  • ·         2 jajka
  • ·         ½ szklanki oleju

DODATKOWO:
  • ·         2-3 Jabłka
  • ·         1 łyżeczka miodu
  • ·         Aromat waniliowy lub naturalna wanilia do smaku


Przygotowanie:
W jednej misce łączymy suche składniki, w drugiej (większej) mokre, następnie wsypujemy suche do  miski z mokrymi i wszystko razem mieszamy. Dodajemy obrane i pokrojone w kostkę jabłka (sporą, ale oczywiście bez przesady), łyżkę miodu oraz trochę aromatu waniliowego (na wyczucie. Wszystko zależy od waszego smaku). Mieszamy-nie musi być bardzo dokładnie, byle składniki się połączyły.
Gotową masę nakładamy do foremek


Pieczemy ok. 25-30min (jeśli się Wam nie przypalają na spokojnie potrzymajcie pół godziny) w piekarniku rozgrzanym do 200O.



Wyciągamy i studzimy. Gotowe!

Mam nadzieję, że polubicie je tak samo jak ja! 
Ostatnio cały czas próbuję jakieś nowe przepisy i póki co jestem zakochana w smaku, prostocie i szybkości przygotowania muffinek, więc możecie spodziewać się kolejnych smaków.. Już niedługo! ;)

Tymczasem uciekam do obowiązków. Miłego wieczoru! ;)

#Fotograficznie: Gdański Jarmark Bożonarodzeniowy i starówka po zmroku.

#Fotograficznie: Gdański Jarmark Bożonarodzeniowy i starówka po zmroku.

                Cześć! ;)
                W całej tej bieganinie postanowiłam zwolnić trochę tempo w pracy i skupić na przygotowaniu domu do świąt.. a w międzyczasie wrzucić tutaj kilka zdjęć.

                W sobotę wyskoczyłyśmy z koleżankami do Gdańska. 
Celem było upolowanie ostatnich świątecznych prezentów, „zwiedzanie straganów”, spacer po starówce (w nocnej odsłonie!) i oczywiście grzaniec…
Tak na prawdziwe rozpoczęcie świątecznego okresu!

                Na Bożonarodzeniowy Jarmark dotarłyśmy w okolicach 17. Było tam już pełno ludzi!

A to przy stoiskach z jedzeniem, a to z rękodziełem. Dzieci ślizgały się na mini lodowisku, a ci bardziej odważni wybrali koło widokowe. 
Też bardzo chciałyśmy wjechać na górę, ale jako, że jedna z nas niekoniecznie była do tego przekonana, to przełożyłyśmy na inną okazję- na pewno taka jeszcze nie raz się przytrafi!


#Fotograficznie: Listopadowy zachód słońca na Warmii.

#Fotograficznie: Listopadowy zachód słońca na Warmii.

             Piękna Złota Polska Jesień w tym roku już minęła. Liście opadły z drzew, zrobiło się chłodniej, szybko się ściemnia i z dnia na dzień mamy coraz mniej słońca.
Jednak jesień nie jest aż taka zła! Uwielbiam poranne mgły nad jeziorami, dojrzewające na drzewach owoce, ostatnie grzybobrania i widoki! Te mają w sobie coś więcej. Wszystko nabiera wyjątkowych barw.
Nawet zachody słońca są jakby inne. Zobaczcie sami.

Zostawiam Wam kilka migawek z poniedziałku.






Miłej końcówki tygodnia! ;)
#Kulinarna Środa: Szybka ryba w sosie śmietanowo-chrzanowym i nutą wiosny.

#Kulinarna Środa: Szybka ryba w sosie śmietanowo-chrzanowym i nutą wiosny.

            Mazury to jeziora, a jeziora to.. RYBY!
Wracając z krainy wielkich jezior postanowiłam dopracować jakiś nowy przepis na rybę- padło na rybę w sosie śmietanowo-chrzanowym, z nutą wiosny.


Kilkukrotnie przyrządzałam już łososia zapiekanego w naczyniu żaroodpornym, jednak ta ryba tylko i wyłącznie NIE w rodzinnym domu!

Jako, że tata jest zapalonym wędkarzem, tym razem postanowiłam użyć ryby tutejszej-słodkowodnej, na dodatek z własnych połowów!

            Polecam Wam wybrać lina. Co prawda jego pewną „wadą” jest specyficzny zapach i posmak, który zawsze staram się przełamać innym wyrazistym smakiem, ale za to nie ma on maleńkich ostek, które spotkamy chociażby w szczupaku. (Ta druga ryba też jest ok do tego dania).

            Przepis jest banalnie prosty. Potrzebne nam będą:

·         6-8 kawałków ryby (jedna cała powinna wystarczyć)
·         2 duże śmietanki 12%
·         1 słoiczek sosu chrzanowego i 1 słoiczek sosu wiosennego (ja używam Winiary)
·         pół szklanki przegotowanej wody


            Piekarnik nastawiamy na 180o z termoobiegiem lub 200o bez.

            Do garnka wlewamy śmietanki, wodę i sosy, wszystko dokładnie mieszamy żeby nie było grudek. Lekko podgrzewamy.

            Rybę układamy w naczyniu żaroodpornym i zalewamy śmietanką (my lubimy trochę grubszą warstwę sosu, by ryba po lekkim wyparowaniu nie wystawała i nie przypaliła się)



 następnie wkładamy do piekarnika na ok 40min.
Gotowe!



            Danie jest niesamowicie proste i szybkie. Idealne na błyskawiczny obiad po powrocie z pracy. Dla urozmaicenia można pokombinować z różnymi sosami i przyprawami, a jeśli ktoś lubi jeszcze bardziej doprawione, to rybę przed zalaniem można lekko nasmarować od środka ziołami bądź innymi przyprawami.

Całość- włącznie z upieczeniem- do przygotowania w 45-50min!

Smacznego! :) 



Odkrywając Mazury: Wężówka i Gawliki Małe. Ucieczka w kierunku natury i niezakłóconego spokoju!

Odkrywając Mazury: Wężówka i Gawliki Małe. Ucieczka w kierunku natury i niezakłóconego spokoju!

            Cudowne, kręte Mazurskie drogi mnie naprawdę zaskoczyły! 
Uwielbiam autostrady, ale zakręty mają swój urok- szczególnie, jeśli nawierzchnia jest wręcz idealna!
Dawno nie zapuszczałam się tak daleko na wschód kraju, więc byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! Szczególnie, że po sezonie nie utkniemy w korku!

Przystanek w Bystrych <KLIK> pozwolił naładować się na dalszą drogę.
Mijały kilometry, aż do Wydmin. Tam kolejny postój i „zwiedzanie okolicy”, a później kierunek Wężówka.


Odkrywając Mazury: Październikowa pętla. Bystry, czyli okolice Giżycka.

Odkrywając Mazury: Październikowa pętla. Bystry, czyli okolice Giżycka.

            Uwielbiam lato, ale ciepła, słoneczna jesień to też przepiękna pora roku. 
Lasy barwiące się milionem kolorów, drzewa obsypane liśćmi we wszystkich odcieniach, poranne mgły nad jeziorami.. To ma swój niesamowity urok. (Nie to co teraz.. leje i leje!)
Gdzieś w oddali jeszcze ostatnie prace polowe i zapach zbieranych owoców, a może nawet ostatnie żaglówka na jednym z Mazurskich jezior?



16 lat edukacji to już przeszłość. Początek nowego roku szkolnego już nie dla mnie! ;)

16 lat edukacji to już przeszłość. Początek nowego roku szkolnego już nie dla mnie! ;)

            Przedwczoraj dla kolejnych roczników rozpoczął się nowy rok szkolny... tak naprawdę dla mnie to już 3 rozpoczęcie w ciągu miesiąca, a na dodatek nie ostatnie!
Zapewne pomyślicie sobie jak to możliwe? A no możliwe!

            Jako pierwsze- (oczywiście u mnie!) do szkoły wróciły dzieciaki w Hannoverze i Dolnej Saksoni- tam wakacje skończyły się już 3 sierpnia!! 
Tydzień później słuchałam płaczu w wykonaniu dzieci sąsiadów, które wracały do szkół w Magdeburgu!
Ostatni koniec wakacji jakiego na pewno doświadczę to Bawaria i kuzyni. Tam zdaje się zostało im jeszcze 10 dni.
Dzisiaj jestem akurat w Polsce i znowu obserwuję wielką niechęć przed powrotem... niestety, taka kolej rzeczy- każdy musi mieć swoje obowiązki!

źródło

Cieszę się z tego faktu, ponieważ właśnie teraz przyjechałam W SPOKOJU pozwiedzać trochę Polski.

W tym roku po raz pierwszy wszystko zacznie się kręcić już beze mnie... i nie będę ukrywała jak bardzo cieszy mnie ten fakt!

            Długo wahałam się z napisaniem tego posta.
Na początku w ogóle nie miałam na to ochoty, później zupełnie nie mogłam się za to zabrać, ale stwierdziłam, że jednak może warto.
            Ciężko od czegoś zacząć.. szkoła- to tak wielki fragment życia każdego z nas, że nie da się tego od tak opisać.
Licząc włącznie z przedszkolem, mogę powiedzieć, że w wieku niespełna 19 lat mam za sobą 16 lat przygodny z naszą Polską „edukacją”. Trochę dużo.. trochę bardzo!
Jak będzie dalej.. nie wiem! Na razie jest jakiś plan, który prawdopodobnie i tak niedługo będzie zmodyfikowany. Poczekamy – zobaczymy!
            Tak naprawdę ciężko jest zacząć od czegoś mądrego.

W szkole nigdy nie mogłam zrobić niczego „standardowo”.
Już w podstawówce wszystko było zakręcone. Zaczęłam w Olsztynie, potem przeprowadzka.. wielkie zamieszanie, zmiana szkoły.. ale było fajnie.
Wtedy zaczęłam treningi i chyba właśnie to wspominam najlepiej- zdecydowanie na pewno! Pojawiły się pierwsze poważne plany na przyszłość związane z grą, były różne konkursy, wycieczki, pierwsze wyjazdy zagraniczne: Litwa, Szwecja, wymiana z Kaliningradem... Działo się już wtedy.


            W gimnazjum podjęłam decyzję, że wracam do miasta. Ja jednak tego bardzo potrzebowałam!
Brakowało mi tego wszystkiego co gdzieś „straciłam” po przeprowadzce.

Próbowałam nawet dostać się do SMSu w Gdańsku, złożyłam papiery, dostałam termin na testy... i bum! Pierwsza poważniejsza kontuzja kolana. Na Szkołę Sportową nie było szans, więc zostało na zwykłym gimnazjum i tak naprawdę nigdy tej decyzji nie żałowałam.

Powrót dał mi więcej radości niż to sobie wyobrażałam.
Szkoła była ok. Cisnęli z każdej strony, ale jakoś się tym nie przejmowałam.
To akurat był okres w którym szkoła niekoniecznie była dla mnie priorytetem.
Jeszcze bardziej podkręciłam sobie tempo do takiego stopnia, że w ciągu tygodnia nie miałam dla siebie w zasadzie ani minuty!
Treningi, szkoła, dojazdy, mecze, znajomi... DZIAŁO SIĘ!
Czasami bywało tak, że wracałam w niedzielę do domu by przepakować torbę z książkami i w poniedziałek rano od razu do szkoły- ale to był magiczny czas!

            Najlepszymi wspomnieniami jakie przychodzą mi do głowy to na pewno wszystkie te mecze, treningi, czas spędzony z niesamowitymi ludźmi.. ciężko wymienić wszystko, ale LUDZIE, LUDZIE i jeszcze raz LUDZIE.
To zapamiętam już na zawsze. Poznałam wspaniałe osoby i oni będą w moim serduchu na zawsze.
Fajnie jest mieć z nimi po latach kontakt, móc swobodnie porozmawiać!

            Jeśli chodzi o naukę.. sami wiecie. W podstawówce można nic nie robić, a i tak ma się pasek. Jeździłam na konkursy, olimpiady. W 6kl miałam średnią 5,9 i tytuł finalisty z historii, więc nie martwiłam się zupełnie niczym jeśli chodziło o dostanie się do przyszłej szkoły.

Od 4 kl poświęcałam większość mojego czasu na treningi, a nie na naukę, bo tak naprawdę to z tym chciałam wiązać swoją przyszłość, a że udawało się pogodzić jedno i drugie to byłam niesamowicie szczęśliwa.
Z czasem, gdy zaczęły dziać się nie fajne rzeczy z moim zdrowiem było ciężej.
W 1 kl. Gimnazjum dowiedziałam się, że w zasadzie nie ma szans na to bym mogła podchodzić do sportu jakoś bardziej profesjonalnie i to też znacząco odbiło się na całym moim życiu.
Jakby przestało mi zależeć na wszystkim, na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy umieli mnie wyrwać z tego dołka.
To z nimi spędzałam każdą wolną chwilę. Przeniosłam swoją miłość do sportu z boiska na trybuny, chociaż serce pękało, gdy musiałam biernie patrzeć na coś w czym wolałabym uczestniczyć osobiście.
            Po rocznym leczeniu udało mi się pograć jeszcze trochę w reprezentacjach szkoły. Było kilka medali, które cieszyły podwójnie po takiej przerwie.
Znowu zaczęłam wierzyć, że może jednak, ale nie. Już nie. Kolejne, coraz poważniejsze kontuzje, serie zastrzyków, rehabilitacja.. Nie było szans na powrót. Wtedy byłam już w pełni tego świadoma i przestałam się łudzić.
Za dużo miałam do stracenia. Musiałam wybrać. Nie chciałam ryzykować, bo wiedziałam, że w takiej sytuacji i tak nic nie osiągnę, a ultimatum: albo gra albo chodzenie skutecznie dało mi do myślenia. 1,5 roku temu usłyszałam, że nawet po zastrzykach i rechabilitacji, tak czy siak skoczy się na stole operacyjnym.
To by było na tyle złudzeń o powrocie.
Dziś ich już nie mam i czerpię z tego co jest.. i dobrze mi z tym!
Po czasie się otrząsnęłam. Zawsze można w inny sposób związać swoją przyszłość ze sportem niż tylko poprzez grę! ;)

            Liceum..hmmm w skrócie mówiąc: dobrze, że już się skończyło! To zdecydowanie nie było TO.
Zabrakło mi punku żeby dostać się do tego mojego wymarzonego, potem nie chciało mi się już bawić w przenoszenie, a wiem, że zwolniły się miejsca.
A może to po prostu duma.. trochę urażona!
Skoro raz mnie nie chcieli to na siłę pchać się nie będę!!

Profil.. chyba też jednak okazał się nie takim jaki powinien być.
3 lata temu myślałam o tym, żeby iść na informatykę. Wiedziałam, że po tym na spokojnie będę miała pracę już na 1-2 roku, jednak.. już w połowie pierwszej klasy, gdy wszystko dobrze przemyślałam, stwierdziłam, że to zupełnie nie dla mnie!
Nie nadaje się do siedzenia za biurkiem, przed klawiaturą... NIE, NIE, NIE!
Zwariowałabym!
Nie jestem moim bratem, nie dałabym rady. Zarobki fajne, praca pewna, ale nie.
Chce pracować blisko ludzi, w miejscu, gdzie sytuacja się dynamicznie zmienia.
Współpraca z komputerem mnie nudzi.
Co innego, gdy jest to jedno z zadań, a co innego JEDYNE.

Żałowałam rozszerzonej informatyki. Męczyłam się na tym profilu.
Zdecydowanie lepiej odnalazłabym się na profilu językowym, albo chociaż z rozszerzonym językiem... ale cóż. Zaczęłam to i skończyłam.
Ludzie też byli nijacy. Ani zainteresowań ani nic. Bo po co? Przecież to kosztuje i czas i energię, a rodzice i tak wszystko załatwią.
Lepiej nic nie robić. Napić się, zapalić i już jest ok.
Było naprawdę jedynie kilka osób z którymi było o czym rozmawiać!

Zdecydowanie nie są to 3 lata, do których będę jakoś szczególnie wracała myślami, a moja znajomość z ludźmi z klasy zakończyła się 29 kwietnia 2016 i jakoś niekoniecznie chce mieć z nimi kontakt. Jest jedna osoba z która faktycznie raczej kontakt będzie na długie lata, ale (może na szczęście?) nie chodziliśmy do jednej klasy.

W drugiej klasie rozważałam przeniesienie się i wyjazd do Niemiec. Niestety w przypadku Liceum nie było szans na dostanie się do odpowiadającej klasy tam i postanowiłam poczekać do końca tutaj.
Pod koniec były również trudne momenty. Nie chodzi tu o naukę, bo akurat w LO postanowiłam się jakoś zabrać, chociaż częściej miałam więcej szczęścia niż rozumu i lenistwo i tak jakoś uchodziło mi na sucho.
Pewni nauczyciele stali się nieznośni. Nie o wymagania chodzi tylko o docinki, czepianie się o wszystko, walenie pięściami itp. Do tego przez te 3 lata trochę się pogmatwało ogólnie w życiu.
Wielka miłość, a potem jeszcze większe pasmo rozczarowań zarówno jeśli chodzi o chłopaka jak i ludzi którzy uważali się tfu! Za moich przyjaciół!
Życie nie bajka!

W tym momencie, po raz pierwszy przez szkołę w moich oczach pojawiły się łzy.
Czułam, że nie dam rady. Że nie jestem w stanie tego dociągnąć.
Wolałam zrezygnować z matury w tym roku, niż doprowadzić się do stanu, w którym nie będę się w stanie pozbierać. Decyzja o zabraniu papierów długo tliła się w mojej głowie, załatwiłam już pewne formalności, ale po kilku przeryczanych dniach, postanowiłam ponownie podjąć walkę.

źródło

Nikt nie będzie mi niszczył mojego planu, nie!
Skończyłam szkołę, podeszłam do matury i zdałam ją z wynikiem, który jak najbardziej mnie satysfakcjonował!

            Idąc do LO nie znałam ani słowa po niemiecku, moja klasa szła kontynuacją, a ja... w gimnazjum jako drugi język wybrałam rosyjski, a teraz musiałam radzić sobie bez znajomości podstaw. 
Było trudno. Cholernie trudno. Pierwszy rok traktowałam ten język jako zło konieczne. Coś tam się uczyłam, a i tak nic nie umiałam, nic nie rozumiałam. Ledwo skończyłam na 3.
No i przyszła 2 kl. Serce nie sługa. Zakochałam się i raptem to właśnie niemiecki stał się moim oczkiem w głowie.
Potem jeszcze przyszła decyzja o zdawaniu matury i tak się zaczęło dziać.

Los bywa przewrotny, a ja chyba upadłam na głowę ryzykując oblanie matury, przez zdawanie właśnie niemieckiego!
W pomyśle swoim wytrwałam i z miesiąc przed maturą doszłam do wniosku „dziewczyno. CO TY WYRABIASZ?!”
Sama utrudniłam sobie życie i pewnym było, że jeśli coś nie wyjdzie to ciężko mi będzie to sobie darować, jednak tak naprawdę to była też świetna motywacja!
Koniec końcem wynik z matury z Niemieckiego... 92%! okazał się najwyższym na moim maturalnym świadectwie!! ;D

Zdecydowanie okres od marca to już ta lepsza część roku! Odkułam się w pracy, zarabiałam na siebie, dodatkowo odzyskałam bardzo bardzo bliską mi osobę, skończył się rok szkolny, zaczęły wyjazdy i jeszcze intensywniejsza praca... i to właśnie wtedy przyszła ta lepsza strona życia!!

            Teraz w moim życiu coś całkiem nowego.
Obecnie kursuję tak Polska-Niemcy.. ale mi to bardzo bardzo odpowiada!
Od października dojdzie mi godzenie tych dojazdów i pracy ze studiami... już widzę jak będzie intensywnie i to w tym wszystkim najbardziej mi się podoba!

Szkoda życia na nudę! ;D

            Wszystkim rozpoczynającym szkołę chcę życzyć udanego roku i samych sukcesów, ale również znalezienia czasu dla siebie.
W końcu nie samą nauką człowiek żyje! ;)


Pamiątki ze Szczytna + kosztorys

Pamiątki ze Szczytna + kosztorys

      Jadąc do Szczytna nie planowałam przywozić nie wiadomo ilu pamiątek.
Liczyłam na pocztówkę i jeśli się uda również magnes.
Udało się, a ja jestem naprawdę zadowolona z wyboru, szczególnie że jest to mimo wszystko małe miasteczko!

W pamiątki zaopatrzyć możemy się na poczcie lub w księgarni- jak ja to zrobiłam.
Poczta znajduje się kilka metrów od dworca i raczej nikt nie będzie miał problemu z trafieniem tam.
Zadziwił mnie spory wybór widokówek, bo naprawdę na niektórych pocztach w Olsztynie nie ma takiego!
Ja wybrałam jedną z nich.


Idąc ku centrum zauważyłam jeszcze księgarnię.. „Fraszka”. Zaintrygowała mnie jej nazwa.
Haha Kochanowski, wszędzie Kochanowski!

Miałam czas, więc zaszłam z nadzieją.. kupna magnesu i się wcale nie przeliczyłam!
Miałam tam nawet do wyboru 5 czy 6 różnych wzorów!
Zdecydowałam się oczywiście zgodnie z moją małą tradycją na okrągły, z widokiem ratusza, który bezkonkurencyjnie jest dla mnie najbardziej charakterystycznym budynkiem w mieście!!



W księgarni był również bardzo duży wybór pocztówek i skusiłam się jeszcze na dwie, które przypadły mi do gustu!



Księgarnie serdecznie Wam polecam. Jest tam duży wybór zarówno pamiątek, jak i map, przewodników.. no i oczywiście innych książek.
Moim zdaniem jest lepiej wyposażona niż poczta, więc jeśli będziecie w Szczytnie i będziecie szukać tego typu artykułów to wstąpcie.

To był koniec moich zakupów. Byłam nimi w pełni usatysfakcjonowana.
Często w małych miastach jest problem z wyborem albo wcale nie ma możliwości zakupienia pocztówek o magnesach już nie wspominając, jednak to zdecydowanie nie w tym przypadku!!

Podobają się Wam te pamiątki?

Dodam jeszcze krótki "kosztorys".
  • pocztówki, magnes 7zł

Najbliższy tydzień minie pod znakiem.. auta!
Zamówione mam już 4 "kursy" + trochę weselnie, a pod koniec tygodnia.. bajka na pięknym słonecznym wybrzeżu. Więcej niedługo.
Szykuję Wam również relację z Poznania- w końcu! ;D

Pozdrawiam serdecznie! Viola ;)
Szczycieńskie Pofajdoki- poznajmy je razem!

Szczycieńskie Pofajdoki- poznajmy je razem!

            Małe miasteczko- Szczytno. Myślę, że w ostatnim poście <KLIK> pokazałam Wam, że to naprawdę piękne, warte odwiedzenia miejsce!

Dzisiaj czas na coś.. nietypowego, gwarantującego trochę rozrywki zarówno dla dorosłych jak i dzieci, które mogą być znudzone „zwykłym zwiedzaniem”.

            Wrocław szczyci się swoimi krasnalami, Zielona Góra Bachusikami, a Szczytno… Pofajdokami!

Jakiś czas temu już o nich pisałam <KLIK> jednak tamten wyjazd był tam niezorganizowany, że nie udało się odkryć wszystkich.
Dzisiaj czas nadrobić zaległości.
Wyruszacie ze mną w poszukiwaniu szczycieńskich stworków?

mniała baba pofajdoka roz dwo trzi
wsadziła go na prosioka roz dwo trzi

Zapraszam!

            W przypadku, gdy przyjeżdżacie do Szczytna pociągiem lub busikiem albo po prostu postanowiliście zostawić auto na parkingu przy rynku, najlepiej jest na początku udać się pod Wyższą Szkołę Policji, gdzie czeka na nas 

Pofajdok POLICJANT strzegący bramy szkoły.


Szwajcaria: Berno- trochę więcej miasta

Szwajcaria: Berno- trochę więcej miasta

Witam Was serdecznie! ;)
Dzisiaj u mnie bardzo parny, słoneczny dzień.. ale jest fajnie. Jest lato, ma być ciepło! ;D
 
W dzisiejszym wpisie, chciałabym Wam pokazać- po raz ostatni- Szwajcarię.
Wracamy do stolicy. 

            Kolejny dzień w Bernie rozpoczęłam od wejścia na wieżę, o którym już pisałam TUTAJ.
Później wybrałam się do Muzeum!

Jednak, aby tam dojść trzeba przejść przez kawałek miasta. Place, mosty.. Piękne widoki z rzeką w roli głównej!

Szwajcaria: Lucerna- miasto z magicznym pierwiastkiem.

Szwajcaria: Lucerna- miasto z magicznym pierwiastkiem.

          Witajcie Kochani. Ilu wśród Was zaczyna dzisiaj wakacje? Ja chcąc skorzystać z okresu przed wakacyjnego wybrałam się jeszcze na trochę do Poznania. Jeśli chcecie to zapraszam na Instagram Tam dodaję więcej zdjęć. ;)
Tym czasem zapraszam Was jeszcze do Lucerny, powoli kończąc wpisy z ostatniej wizyty w Szwajcarii.

            Port w Lucernie powitał słońcem i niesamowitym spokojem. Były pustki, a w okolicy przewijało się niewielu ludzi.

Jako, że było coś koło 14, więc po wcześniejszych emocjach zdążyłam już zgłodnieć. Co bardzo mi się spodobało w Szwajcarii? To, że w sklepach można kupić gotowe zestawy obiadowe, które nam na miejscu podgrzewają. Wzięłam kurczaka z ryżem i wygodnie usiadłam ze swoim obiadem nad samym brzegiem, przy okazji podziwiając piękne widoki.
Tak naprawdę można jeść obiad codziennie!


Szwajcaria: Rejs statkiem do Lucerny.

Szwajcaria: Rejs statkiem do Lucerny.

            Zjeżdżając z Rigi naszym celem był powrót do Lucerny. Idąc wśród luksusowych domów zastanawiałyśmy się jaki środek transportu wybrać. Mogłyśmy wybrać albo pociąg, albo statek albo autobus.
Ten ostatni ruszał za prawie godzinę, więc postawiłyśmy na rejs po jeziorze.

Euro 2016- czas start! Niech poniosą nas pozytywne piłkarskie emocje!

Euro 2016- czas start! Niech poniosą nas pozytywne piłkarskie emocje!

            Mistrzostwa Europy startują już dziś o 21. W meczu otwarcia zmierzą się reprezentacje Francji i Rumunii. Prawdopodobnie mecz będzie jednostronny, ale.. TO SPORT! Wszystko może się zdarzyć!

Osobiście jestem ciekawa tej imprezy. Lubię oglądać piłkę nożną, szczególnie w tym „lepszym” wydaniu i chętnie poświęcę najbliższe kilkanaście dni na futbol.


No właśnie. Co innego mecze, a co innego ta cała wręcz nagonka na naszych piłkarzy.
Zjedli śniadanie, wyszli z hotelu, jadą na lotnisko... wylądowali, wsiadają do autokaru..
Nosz kurde. Ile można? 
We wtorek w pewnym momencie miałam ochotę wywalić przez okno w komplecie radio i telewizor!


            Będąc już przy Euro? Oglądacie? Kibicujecie komuś bardziej lub mniej?
Ja oczywiście przede wszystkim jestem za Niemcami. Co pewnie nikogo już nie dziwi.

twitter.com/BSchweinsteiger
Nienawidzę meczów Niemcy-Polska, ale i takie się zdarzają, ostatnio mam wrażenie coraz częściej.
Za każdym razem trochę serce pęka, ale już chyba powoli się przyzwyczajam.

źródło
Poza Niemcami i Polakami kciuki będę trzymała także za Szwajcarów i myślę, że prawdopodobnie również za Chorwatów.

            Dlaczego Szwajcaria? Ojj ten kraj też utkwił na stałe w moim sercu. 


Spędziłam tam naprawdę cudowny czas, poznałam cudownych ludzi... Jak mogłabym o nich zapomnieć?
O tym jak opowiadali mi o swojej drużynie, o ich meczach.. Pomimo, że nie grali na jakimś światowym poziomie to czuło się te emocje.
Pamiętam jak dziś Euro 2008, które rozgrywali w Austrii i Szwajcarii. Akurat do Polski przyjechała moja siostra z chłopakiem-Szwajcarem.
Ja taka smarkula, byłam jeszcze wtedy w podstawówce. Wróciłam do domu ze szkoły, leciał akurat jakiś mecz Szwajcarów, więc usiadłam i razem oglądaliśmy.
Po niemiecki ni w ząb, angielski.. no wiecie sami ile można umieć w wieku 10-11 lat – oczywiście nie będąc jakimś geniuszem ;)
W każdym razie ja umiałam nie wiele, a mimo to umieliśmy się dogadać! Chyba coś w tym jest, że nie zawsze trzeba słów by się zrozumieć. ;D
A reprezentacja Szwajcarii też jakoś stałą się dla mnie ważniejsza niż wcześniej.

            Chorwatom.. w sumie nie mam powodów. Fajnie jest mieć więcej drużyn, które się wspiera, bo to oznacza i więcej meczów i więcej emocji. A Chorwację lubię jako kraj, kibicowałam im już niejednokrotnie w piłce ręcznej, także.. dlaczego nie!

            Nie jestem jakimś zapalonym kibicem jeśli chodzi o tę dyscyplinę, nie czuję przesadnie wielkiego szału, który odczuwają co niektórzy, jednak naprawdę fajnie jest usiąść wieczorem przed telewizorem, włączyć taki mecz, poczuć atmosferę boiska, emocje...

źródło
I powiem Wam, że mam nadzieję, że na emocjach boiskowych się skończy!
Niestety mam wrażenie, że bez czegoś.. groźniejszego się nie obędzie.
Za dużo się dzieje, za daleko to poszło. Oby tylko udało się wszystko dobrze zabezpieczyć!
To święto futbolu, a nie chorych na umyśle ludzi i takim ma pozostać!

            Najgorsza informacją był mecz Niemcy vs. Polska na Stade de France.
Po listopadowych zamachach niestety kojarzy mi się on z tymi najgorszymi wydarzeniami i z tego co słuchałam kilku wywiadów z Niemieckimi piłkarzami to im wciąż siedzą w głowach tamte wydarzenia.
Wolałam żeby ich mecze były na innych stadionach. Im byłoby łatwiej, a i ja sama jakoś spokojniej bym mogła oglądać. Tak będzie naprawdę bardzo bardzo ciężko!

            OK. Koniec tych czarnych scenariuszów. Niech to będzie prawdziwe piłkarskie święto.
Wyników typować nie chce i nie będę. Nie lubię tego.

Wiadomo. Od kilku(nastu) lat na starym kontynencie pewne drużyny liczą się bardziej. Niemcy, Hiszpania- Mistrzowie, Anglia również ma „wyrobioną markę”, 
Francuzi jako gospodarze.. hmmm.. szczerze powiedziawszy nie stawiałabym ich w roli faworytów, jednak własne ściany zazwyczaj pomagają. Moim zdaniem jeśli ich nie stłamszą, cała ta otoczka i presja to mogą wiele ugrać, ale! Poczekamy, zobaczymy!!
Może biało-czerwoni też sprawią niespodziankę?


Niesamowicie ucieszyłby mnie finał Niemcy-Polska!!

            Brakuje mi na turnieju Holendrów, bo uważam, że zasłużyli bardziej na miejsce we Francji niż pewne inne zespoły. Kwalifikacje są jednak kwalifikacjami i każdy kto w najbliższych dniach rozpocznie rywalizację na francuskich boiskach uzyskał kwalifikację według tych samych zasad co reszta.

            Dla mnie święto zaczyna się tak naprawdę dopiero w niedzielę. Dzisiejszy mecz też obejrzę, ale emocje.. to jeszcze nie to- jeśli mam być szczera. ;)
Dopiero był Mundial, dopiero cieszyłam się ze zwycięstwa Niemców, a tu już prawie dwa lata minęły.

źródło
Ale ten czas zasuwa, jak głupi! ;D
Niech przez najbliższy miesiąc poniosą nas pozytywne piłkarskie emocje! ;D
Jeśli chociaż trochę interesujecie się piłką nożną to zdradźcie swoich ulubieńców/faworytów.
Chętnie dowiem się komu kibicujecie.

Miłego popołudnia Kochani. W końcu piątek.. piąteczek! ;D

P.S. U mnie zanosi się na burzę, ale mam nadzieję, że u Was jest zdecydowanie lepsza pogoda! ;)


Podsumowanie wyjazdu do Trójmiasta: kosztorys i mapki.

Podsumowanie wyjazdu do Trójmiasta: kosztorys i mapki.

      Ostatnimi czasy wręcz zasypywałam Was relacjami z mojego wyjazdu do Trójmiasta- dzisiaj czas na podsumowanie tego jednego, jakże intensywnego dnia.

      Pokażę Wam ile on mnie kosztował, gdzie i ile czasu spędziłam, jak się przemieszczałam oraz spróbuję „przenieść na ekran” moje trasy.
Postaram się dodać też kilka praktycznych informacji, które być może pozwolą Wam zaoszczędzić trochę czasu i pieniędzy!
Zapraszam! ;)


Jak już pisałam do Trójmiasta tym razem zdecydowałam się jechać pociągiem.
Co prawda ta opcja od początku była problematyczna, mianowicie w Olsztynie w okolicach dworca w zasadzie NIE MA DARMOWEGO PARKINGU. 
Od poniedziałku do piątku, w godz. 8-16 (pt 8-15) jest on płatny i zostawienie auta na cały dzień zupełnie by się nie kalkulowało.
Pewnie pomyślicie dlaczego nie pojechałam samochodem.
Już szybko wyjaśniam. Zarówno ze względów finansowych jak i PRZEDE WSZYSTKIM dla oszczędzenia sił.. i czasu!
Koszty paliwa i oleju, który w autku wręcz mi wyparowuje... i ok. 6H za kółkiem, a do tego szukanie parkingu w Trójmieście.. ostatnio to przerabiałam. Tym razem wolałam wsiąść wygodnie w pociąg i się o nic nie martwić.. szczególnie po ponad tygodniu zakuwania non stop do matury!
Parkingu przy dworcu nie znalazłam.. nie przy głównym. Udało się natomiast w okolicach zachodniego, więc to stamtąd ruszyłam w drogę.

Za bilet zapłaciłam 25zł z groszami. 

Z Olsztyna wyjechałam o 6:14, a już 9:10 byłam na dworcu w Gdyni.
Przez większą część trasy miałam cały przedział dla siebie i podróż minęła mi naprawdę szybko, trochę się nawet zdrzemnęłam! ;)



Pamiątki z Trójmiasta- magnesy i pocztówki, czyli to co lubię najbardziej!

Pamiątki z Trójmiasta- magnesy i pocztówki, czyli to co lubię najbardziej!

      Pamiątki, pamiątki, pamiątki... uwielbiam je!
Mam świadomość, że często kupuję ich zbyt dużo, ale mijając kolejne straganiki oferujące przepiękne pocztówki czy magnesy czasami po prostu nie umiem się oprzeć.
Wydaje się, że przecież 80gr czy 1zł to nie jest wielki wydatek.. a później tak jakoś się zbiera.



Jako, że mam w tym roku sporo planów i nie jakiś bardzo pokaźny budżet to staram się ograniczać. Jeden magnes i 3-4 pocztówki z każdego miejsca i to wystarczy! Nawet to już zbyt dużo.
Oczywiście zdarzają mi się wyjątki. 
Jeśli zobaczę coś co bardzo mi się spodoba i uznam, że warto to nie skąpię tych kilku groszy. Czasami trzeba odbiec od swoich postanowień...

Podczas wizyty w Trójmieście konsekwentnie trzymałam się swojej zasady.
Oczywiście z malutkimi wyjątkami!
W Gdyni już na dworcu zaszłam na pocztę i kupiłam jedną widokówkę- tak jakby co.



Bardzo mi się spodobało, a kupiłam ją... po promocji. Za jedyne 60gr!!

Kolejnych wyborów musiałam dokonać przechadzając się między sklepikami na Molo Południowym.
Oferowały one w zasadzie wszystko. Zaczynając od typowych pamiątek jak pocztówki i magnesy, przez bransoletki i inną biżuterię oraz koszulki, na porcelanie, szkiełkach czy nawet małych szafkach kończąc!

Kupiłam "tylko" 3 widokówki.





I tym razem 2 magnesy.
Na początku znalazłam jedynie taki kwadratowy, który „zebrał” chyba większość najbardziej charakterystycznych atrakcji miasta. 



Spodobał mi się. Był inny niż reszta. Tamte to tylko naklejone papierowe zdjęcie na skrawek czegoś co przyczepiało się do metalu.
Zdjęcia oczywiście ładne, ale.. czy ja wiem czy trwałe?
Mam już kilka takich z Trójmiasta z wycieczek szkolnych i zdecydowanie dosyć ich na mojej lodówce. Jak już mam wydać na coś pieniądze niech to będzie coś trwalszego!

Dlaczego skusiłam się jeszcze na 2 magnes?
Zależało mi na takim okrągłym. 
Mam ich już kilka i systematycznie staram się powiększać kolekcję. Sama nie wiem czemu, ale bardzo je lubię. Świetnie wyglądają na mojej lodówce!
Szczególnie uwielbiam te z pewnej serii, które poza pięknymi widoczkami przedstawiają również nazwę miasta z herbem!
Gdy znalazłam takowy na ostatnim stoisku po prostu wiedziałam, że go kupię!!


W Sopocie, powiem Wam szczerze, że zakupy zrobiłam już.. w pierwszej księgarni!
(mniej więcej na przeciwko Krzywego Domku. Polecam!)
Na stoisku mieli tylko jakieś takie kartki, które nie szczególnie przypadły mi do gustu, a magnesy... jak już wspomniałam wcześniej- zwykłe, z naklejonym papierowym zdjęciem.

Za to księgarnia była świetnie wyposażona. Cała ściana z pocztówkami robiła wrażenie!!
Naprawdę ciężko mi było się zdecydować i spędziłam tam dłuższą chwilę, aż w pewnym momencie Kamil miał mnie już naprawdę dosyć.
Wybrałam to co odpowiadało mi najbardziej.




Przy kasie udało mi się jeszcze znaleźć idealny magnes.
Miałam mały dylemat czy lepiej wziąć taki z Krzywym Domkiem czy Molo, ale chyba to drugie bardziej kojarzy się każdemu z tym miastem.



W Gdańsku robiąc „turystyczne zakupy” można naprawdę dostać oczopląsu. W zasadzie na każdym rogu oferują nam jakieś pamiątki, drobiazgi, pierdołki które często nijak nie wiążą się z miastem, a i tak dzieciaki na wycieczkach to kupują (stała przede mną do kasy cała grupa).

Ja postawiłam na klasykę. Szukałam czegoś najbardziej charakterystycznego, a zarazem przedstawionego w nietypowy sposób. Akurat z tym drugim nie było łatwo.
Mam swój ulubiony typ pocztówek, jednak niestety nie łatwo jest takie dostać.
Wtedy stawiam na chwilę. Na jakiś impuls, który wskaże mi, że chcę kupić właśnie tę.
Takim oto sposobem padło na takie pocztówki:







i magnesik:


To było na tyle moich zakupów. Myślałam jeszcze nad torbą z Gdańska. Uwielbiam takie szmacianki. Mam już jedną ze Szwajcarii, Berlina i kilka od taty z pracy, ale takowe u mnie zawsze są mile widziane.
Niestety nie znalazłam nic ciekawego i odpuściłam sobie ten zakup.

Bardzo podobały mi się też ręcznie malowane, kolorowe magnesy przedstawiające kamienice, jednak cena 25zł i więcej odstraszyła. Jeszcze nie teraz. Nie z zarobkami w złotówkach! ;)

A Wy lubicie kupować pamiątki w czasie wyjazdów? Pocztówki, magnesy, a może jeszcze coś innego?


Miłego wieczoru;)

Copyright © 2016 1001 Podróży , Blogger