Kuba- marzenie, które najprawdopodobniej już zawsze pozostanie tylko marzeniem.

Kuba- marzenie, które najprawdopodobniej już zawsze pozostanie tylko marzeniem.

           Znacie to uczucie, które od małego ciągnęło Was w jakimś konkretnym kierunku? Ja tak mam w zasadzie ze wszystkim co robię. Nie jest to z obowiązku. To w co dziś się angażuj najbardziej, interesowało mnie od tych najmłodszych lat i wiedziałam, że nie odpuszczę! Tak jest również w tym przypadku!

źródło
            Już jako mała dziewczynka marzyłam o wyjeździe gdzieś do Hiszpanii czy Ameryki Południowej. Raczej na dłużej niż tylko na urlop. W liceum próbowałam zorganizować sobie przynajmniej semestr studiów w Argentynie. Cóż. Niestety obecnie jest to niemożliwe, bo wyjeżdżając tam na pół roku straciłabym zbyt wiele możliwości zawodowych, ale marzenie w głowie dalej gdzieś tkwi. Już niekoniecznie jako studia.
W takiej czy innej formie będę starała się je zrealizować.

            Dla większości takie marzenia wydają się zapewne nielogiczne. Po co jechać do krajów, które nie dość, że biedniejsze, położone tak daleko od domu, to jeszcze słabiej rozwinięte.
No właśnie. Ja chciałam i wciąż chcę poczuć na własnej skórze tą kulturę, tryb życia tych ludzi.
Było coś co mnie ciągnęło do Latynosów. Może domieszka południowe krwi we mnie, może po prostu styl życia, który mi bardzo pasuje, żywiołowość... A może wszystko to jakoś ze sobą połączone... To nie ma znaczenia. Na pewno jest coś co mnie ciągnie w te rejony.

            Jednym z takich miejsc, które kojarzą się chyba najczęściej z tymi latynoskimi klimatami,   gorącymi rytmami i oczywiście... tańcem była Kuba!
Pierwsze skojarzenia? Plaże, siatkówka, salsa, cygara, dużo rumu i Fidel Castro, a co za tym idzie odcięcie wyspy od świata. Na zdjęciach stare samochody, których nie sposób już spotkać w „naszej cywilizacji”.
Miejsce zatrzymane w czasie.

źródło
źródło
            Zawsze mówiło się, że jadąc tam na wakacje wystarczy wystawić nos poza mury ośrodka wypoczynkowego i znajdziemy się w zupełnie innym świecie. Bardzo chciałam poznać ten świat!
Ludzi biednych, którzy w każdej sytuacji potrafią znaleźć choć odrobinę radości, a a swoje uczucia oddają chociażby w tańcu.

            Dziś w momencie, gdy Kuba otwiera się na zachód to wszystko zacznie znikać. Podejrzewam, że już niedługo będzie to kolejny turystyczny raj, m.in z mcdonaldami i innymi „wynalazkami” amerykanów.

Szkoda. Trochę mnie serce boli, że najprawdopodobniej nigdy nie poczuję już klimatu Kuby z przed lat. Tej zamkniętej w czasoprzestrzeni.
Oczywiście idące zmiany są dobre dla jej obywateli, ale mnie jakoś tak serce odrobinkę ściska.
Przyznam szczerze, że rozważałam nawet polecieć tam jeszcze w tym roku, jednak zostało trochę mało czasu na dobre zaplanowanie wszystkiego, a nie chciałabym lecieć w taką podróż na hop-siup.
Nie dość, że kosztowna- podejrzewam, że za tą cenę przy dobrym układzie można zobaczyć co najmniej pół Europy- to do tego jeszcze jakby czasu mało. Mój hiszpański również nie jest na poziomie pozwalającym się dogadać.

            Nie pozostaje nic innego, jak liczyć na to, że lecąc tam za jakiś czas, odnajdę jeszcze choć cząstkę tego gorącego Kubańskiego klimatu.
Rytmy Hawańskich zapewne znacznie to ułatwią! ;)

            Idzie się rozmarzyć. Najchętniej teraz wygrzałabym się na cieplutkiej plaży, a potem jakiś drink i zabawa do białego rana w najlepszych Hawańskich klubach!
Takie to już moje szalone pomysły i zwariowane plany. Ależ czy nie jest tak, że nasze życie zależy od nas?
Trzymajcie się cieplutko ;)

P.S. Wam też marzy się taka podróż? A może coś innego, ale z jakichś szczególnych względów.


Olsztynek- małe miasteczko, wiele atrakcji!

Olsztynek- małe miasteczko, wiele atrakcji!

                Olsztynek jest miastem położonym 28km od Olsztyna. Dzięki tak dobrej lokalizacji postanowiłyśmy się tam wybrać na jednodniową wycieczkę. Wiedziałyśmy na początku o tym mieście jedynie tyle, że znajduje się tam skansen i huta szkła.


              Miesteczko jest bardzo małe. Niedaleko dworca znajduje się jego centrum. Znalazłyśmy tam niewielki rynek,  Ratusz, Zespół Szkół, a także bardzo ciekawy obraz na budynku.


Stuknęła setka! ;)

Stuknęła setka! ;)

     Nie długo minie rok, od kiedy jestem na tym blogu. Na początku było to nie za często, później zrobiłam sobie jakieś postanowienia, a teraz.. jest jak widać. Takim sposobem czytacie właśnie 100 posta! Mam niesamowitą radość z tego, że mogę się dzielić z Wami cząstką swojego życia i tym, że są ludzie którzy to czytają, bo w jakiejś części to miejsce jest przecież nie tak dla mnie jak dla Was ;)

źródło

     Teraz piszę tylko ja i prawdopodobnie tak zostanie (chyba, że znajdzie się osoba, która pokocha to miejsca tak samo).
Naprawdę lubię tu być- jest to swego rodzaju pamiętnik.
Zazwyczaj dominują tutaj relacje z wyjazdów, ale jak pewnie zauważyliście, w ostatnim czasie pojawia się też więcej tych takich osobistych zwierzeń, czegoś co tkwi w środku i tak czy inaczej kształtuje to jaką jestem.

     Patrząc w przeszłość, pamiętam jaką wielką radość sprawiał mi każdy komentarz, wyświetlenie. I wiecie co? Obecnie cieszą mnie chyba jeszcze bardziej- szczególnie jeśli zostawiacie po sobie ślad w postaci jakiegoś przemyślenia, czy wspomnień- jak to często jest w przypadku chociażby wyjazdów.

Statystyki nie są najważniejsze, ale niektóre kraje z których miałam tu wyświetlenia wywołują wielkie zdziwienie. Są one tak egzotyczne, że zastanawiam się- jak to możliwe!

Za to, za każdą chwilę gdy czuję, że naprawdę warto to dalej ciągnąć, za każdy uśmiech na twarzy, który wywołujecie, komentarz.. 
Dziękuję!


     Mam nadzieję, że teraz z wpisu na wpis będę miała tylko więcej i więcej energii na tworzenie dla Was czegoś ciekawego. ;)
Szczyrk po zmroku- czyli zima bez śniegu w turystycznym beskidzkim miasteczku.

Szczyrk po zmroku- czyli zima bez śniegu w turystycznym beskidzkim miasteczku.

            Poranna wizyta w Żywcu <KLIK> i inne sprawy zabrały nam sporą część dnia, ale pomimo tego późnym popołudniem wybrałyśmy się jeszcze do Szczyrku.
Zastanawiałyśmy się czy nie uda nam się wjechać na Skrzyczne, jednak było już ciemno, a góra zginęła w chmurach. ;(

            Pierwszym punktem naszej wizyty była skocznia. Tym razem pusta, ale śnieg na niej sprawiał fajne wrażenie, szczególnie jeśli w okolicy w zasadzie go nie ma. 
Widoczny jest jedynie wysoko na szczytach.

Zima w górach- tak było! Rok temu...

Zima w górach- tak było! Rok temu...

            Minęło pół lutego, a przynajmniej u mnie zimy nie widać. Kto by pomyślał!
Jest ciepło. Ostatnio nawet chodziłam po podwórku w samej bluzie, w Niemczech kwitną krokusy..
Zima zniknęła.

Coś aż wręcz niemożliwe, bo jeszcze rok temu, mniej więcej o tej samej porze wszystko wyglądało tak:


Żywiec- przyjemny spacer w parku zimą, która przypomina wiosnę. ;)

Żywiec- przyjemny spacer w parku zimą, która przypomina wiosnę. ;)

            Powrót z zoo, o którym pisałyśmy TUTAJ był bardzo przyjemny. Pogoda była niezła, a temperatury jak najbardziej zachęcały do spacerów.
Pomimo tego, że mamy dopiero co początek lutego, to aura przypomina tą wiosenną.

            Rzeka była jeszcze ścięta lodem, jednak gdzieniegdzie mogły już po niej swobodnie pływać kaczki.


Mecz Plusligi: BBTS Bielsko-Biała vs. Asseco Resovia Rzeszów (30.01.2016r)

Mecz Plusligi: BBTS Bielsko-Biała vs. Asseco Resovia Rzeszów (30.01.2016r)

                Ten miesiąc od początku do końca zleciał nam pod znakiem sportu. Na początku Mistrzostwa Europy, a na zakończenie- 30 stycznia wybrałyśmy się na mecz Plusligi do Bielska.


                Już jakiś czas temu się nad nim zastanawiałyśmy i ostatecznie udało się zrealizować ten pomysł. W starciu pomiędzy BBTSem, a Resovią Rzeszów teoretycznie nie trudno było wytypować wynik, jednak my miałyśmy nadzieję, że Bielszczanie zabłysną, chociażby tak, jak Olsztyn w meczu ze Skrą Bełchatów i wygrają!



                Atmosfera na hali była bardzo fajna. Na trybunach co prawda nie było kompletu, ale zebrało się naprawdę wielu kibiców.
Jeszcze przed rozpoczęciem meczu klubowe maskotki zabawiały na trybunach i wręczały różne prezenty!





                Sportowe widowisko było również niczego sobie. Bielszczanie mieli wiele okazji by wygrać, jednak po dobrym początku zawsze psuli końcówki.
Drugi i trzeci set były naprawdę zacięte, jednak co z tego…. W kluczowych momentach to Rzeszowianie zgarniali punkty.









Najgorsze jest, gdy walka punkt za punkt- zagrywka, a tu pół siatki. Nie znoszę tego!
Już lepiej przebić leciutką zagrywkę niż stracić 4-5 pkt w końcówce przez takie „zrywanie siatki”.


                W przerwach jako "dodatek" obserwowałyśmy jeszcze walkę sędzi z chłopcami sprzątającymi parkiet. Ścierali go tak, że na całe boisko przetarli może 1/4.
Raz, drugi, trzeci aż w końcu pani sędziująca spotkanie lekko się zdenerwowała i postanowiła pomóc im zrozumieć, że wytarte ma być CAŁE BOISKO.
Rozmowa, prośba, a później już tylko śmiech pozostał.
Przez cały mecz może z raz udało się nie pominąć większej części parkietu..
Cóż. Określiłyśmy to jednym słowem!


                Cóż. Ostatecznie skończyło się na zwycięstwie Resoviaków 3:0, a my Bielszczanie po meczu na własnym terenie nie ugrali ani punktu w tym spotkaniu. Niestety!
Szkoda, bo była na to szansa, ale się nie udało…




                Spotkanie całkiem fajne i miło, że udało nam się na nie wybrać. Już tyyyle czasu nie byłyśmy na meczu ligowym- ostatni raz w listopadzie w Bydgoszczy <KLIK>
Podsumowanie Mistrzostw Europy 2016 piłkarzy ręcznych- zakończenie złotem. ;)

Podsumowanie Mistrzostw Europy 2016 piłkarzy ręcznych- zakończenie złotem. ;)

                Wraz z początkiem stycznia, zaczynaliśmy napotykać reklamy Mistrzostw Europy dosłownie na każdym rogu. W telewizji, na billboardach, na mieście czy w innych mediach wciąż mówiono o tym wydarzeniu. My nasze bilety kupiłyśmy już jakiś czas temu, więc mogłyśmy spokojnie odliczać początku tej imprezy.

Dla mnie był to dosyć napięty okres w szkole, więc tym bardziej nie mogłam się doczekać i wręcz odliczałam pozostałe dni, które niosły mi nadzieję na odpoczynek i oderwanie się od codzienności. Trochę kombinowania, kilka opuszczonych dni, ale to wszystko było już wtedy nie ważne!

                15 dni stycznia, które dzieliły nas od dnia otwarcia minęły jak z bicza strzelił, dziś mogę powiedzieć, że tak samo minął również cały turniej! Byłyśmy na meczu otwarcia w grupie we Wrocławiu, oraz na meczu zamknięcia pierwszej fazy w Krakowie. Tylko i aż dwa mecze! Więcej niestety nie byłyśmy w stanie ogarnąć jak na ten moment.

                O meczu we Wrocławiu, pomiędzy Niemcami, a Hiszpanią pisałyśmy już sporo TUTAJ. Z perspektywy dzisiejszego dnia możemy uznać, że byłyśmy na czymś, co można wręcz określić „małym finałem”.



Te same drużyny, tylko dwa skrajne punkty mistrzostw. Początek i koniec. Wynik na szczęście również był inny!

                Jednak zaczynając w miarę chronologicznie. Chciałybyśmy się z Wami podzielić naszymi spostrzeżeniami, przemyśleniami… tak na gorąco. Tuż po zakończeniu turnieju!

Jadąc w piątek, 15 stycznia dosłownie przez całą Polskę mogłam trochę poobserwować i przyznam szczerze, że naprawdę w wielu miastach widziałam wielkie plakaty reklamujące mistrzostwa i naszych szczypiornistów. Rozreklamowanie było moim zdaniem naprawdę fajne.
Widoczne, jednak też nie nachalne. Nie wciskano nam na siłę wiadomości o ME, które wychodziłyby nam bokiem, ale nie było też problemem znalezienie informacji, które nas interesowały.

Utworzono przewodniki po miastach-gospodarzach dla kibiców (po polsku i angielsku), dzięki czemu zarówno we Wrocławiu, jak i w Krakowie wiedziałyśmy co i  jak (szczególnie jeśli chodzi o komunikację miejską, darmowe przejazdy i możliwości dotarcia na halę).


Tyle jeśli chodzi o rozreklamowanie. Teraz chciałabym przejść do tej bardziej sportowej strony.

                Jak wiadomo sport jest sportem i niesie ze sobą kontuzje- tak też było tym razem. W Polskim zespole mieliśmy pewne problemy, chociażby ze zdrowiem Bartosza Jureckiego czy Andrzeja Rojewskiego, ale również i inni zawodnicy nie byli w pełni sił. Mieszało to w naszej drużynie, mimo to można było liczyć na skład dający nadzieję, na naprawdę dobry wynik.


Nie tak dobrze sytuacja miała się w przypadku Niemców.                                                       Liczne kontuzje i inne sprawy, w które szczerze mówiąc się aż tak nie zagłębiałyśmy, wykluczyły z turnieju kilka czołowych i najbardziej doświadczonych zawodników, a trenera zmusiło to do postawienia i zaufania tym młodszym, mniej doświadczonym, nie aż tak znanym. Część z nich znałam z Bundesligi, jednak o innych słyszałam naprawdę pierwszy raz.                          
                     

Trochę nie wiedziałam na co liczyć jadąc na mecz do Wrocławia. Była nadzieja, że wygramy, jednak realnie patrząc Hiszpanie mieli mocny skład, a do tego Szwedzi i Słoweńcy… grupa trudna. Można było spodziewać się wszystkiego- z odpadnięciem po fazie grupowej włącznie…             Mecz na którym byłyśmy- pomimo, że przegrany nie był stracony! Dał realną nadzieję, że da się wyciągnąć z tej drużyny naprawdę wiele, a „poznanie” ich na boisku, jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to zespół na który chcę liczyć! I mogłam. Nie zawiedli!                                          

Pierwsza faza zakończona bardzo pozytywnie, kolejne również. Można było odnieść wrażenie, że z każdym meczem zgrywają się w jedną prawdziwą drużynę, a poza boiskiem są to również
mega pozytywni, przepełnieni energią ludzie, z szacunkiem do tego co robią, i ludzi którzy ich w tym wspierają. Liczą na nich!

                Polscy zawodnicy, jak i kibice, jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw wiązali z turniejem ogromne nadzieje. Ściany pomagają gospodarzą- zazwyczaj to powiedzenie mniej lub więcej, ale się sprawdza.


Wszystko zaczęło się po naszej myśli. Zwycięstwo za zwycięstwem. Nie patrząc na styl poszczególnych pojedynków, było dobrze! W kraju zapanował wielki optymizm. Po meczu z Francją- na którym miałyśmy przyjemność być (KLIK) apetyty wzrosły, jednak Norwegowie brutalnie sprowadzili nas na ziemię… niestety.

Wtedy gdzieś znikły również nasze „skrzydła”. Wygrana z Białorusią, co prawda znacznie przybliżyła nas do awansu do półfinału, a dalsze mecze naszych grupowych rywali, stworzyły sytuację w której mogliśmy nawet przegrać z Chorwatami (odpowiednim stosunkiem bramek) i awansować.
Większość była pewna, że mecz ten będzie tylko formalnością, a wygrana niczym spacerek… cóż. Zawsze za to kochałam sport, że 
tu każdy może wygrać z każdym, a niemożliwe staje się możliwym. 
Niestety.  Tak było właśnie w tym przypadku.

źródło
Od początku meczu nie graliśmy w zasadzie nic. Oglądając spotkanie, czy patrząc w statystyki szło się załamać! Skuteczność lepiej pozostawić bez komentarza. Aż żal było patrzeć. Ile to było momentów w których najchętniej wyłączyłoby się telewizor.

Spadek formy, gorszy dzień, przetrenowanie, czy głowa w zupełnie innym meczu… nie wiem. Wynik końcowy był jaki był.

Jeszcze do mniej więcej 40-45min starałyśmy się wierzyć… wierzyć w to, że jeszcze coś drgnie, że się uda, że awansujemy. Nasi rywale wychodząc na boisko byli już w zasadzie poza turniejem, jednak przez naszą słabą grę poczuli, że to ich czas i wykorzystali to.
Dobijali nam z każdą akcją, każdą trafioną bramką i obronionym strzałem naszych graczy. Koniec końcem przypominało to egzekucje….

źródło
                Cóż, kiedy było jasne, że nie wygramy tego spotkania, to trochę płakać się chciało. Trochę bardzo. Złość mieszała się z niedowierzaniem… Wszystko na raz! Byłam pewna, że coś „odpalą”, że nie będzie to spokojny mecz, „formalność”, bo z Polakami spokój to rzecz złudna, ale czegoś takiego naprawdę się nie spodziewałam!

Jedyne czym przyszło mi się pocieszać to radość Chorwatów. Bardzo chciałam iść na ich mecz, niestety się nie udało. Pokazali jaka naprawdę jest piłka ręczna, prawdziwy sport. Z niemożliwego uczynili możliwe, i pomimo, że każdego Polaka- kibica zabolała… ojj bardzo zabolała ta porażka, to oni dokonali wręcz cudu. Czegoś niemożliwego!

video

Łez nie było. Jedynie złość. Złość na to co się stało…
Chorwacki zespół nigdy nie odgrywał zbyt wielkiej roli, ale przez wzgląd na Duvnjaka, którego pamiętam jeszcze z czasów mojego „starego, dobrego” HSV Hamburg i akurat jest ważną osobą w mojej „sportowej przygodzie”, do tego kilku Chorwatów gra również w naszej polskiej lidze, cieszyłam się, że jeśli my nie awansujemy to przynajmniej oni, a ich radość do po tym meczu… z jednej strony bolała, ale z drugiej była tak spontaniczna i szczera, że biorąc na wzgląd to o czym napisałam, jakoś tam poprawiała humor.

źródło
                Półfinały bez Polaków były jakieś takie.. dziwne. Puste! Wszyscy liczyli, że inaczej się to potoczy, a mecz o…7 miejsce nikogo nie satysfakcjonował! Mimo, że wygrany pozostawił za sobą wielką pustkę i swego rodzaju żal w sercu.

źródło
Mając imprezę u siebie liczyło się na ten medal. Szkoda zawodników, kibiców… ciężko oglądało się kolejne wypowiedzi jednych i drugich, wręcz ze łzami w oczach…

Runda medalowa toczyła się jednak swoim rytmem. Większość obstawianych przed turniejem faworytów już dawno odpadła, podejrzewam, że gdyby sprawdził wcześniejsze typowania, to z nimi pokryłaby się jedynie Hiszpania! Nie sądzę, żeby wielu brało pod uwagę Norwegię czy Chorwację bijące się o najważniejsze trofea. To samo tyczy się Niemców, którzy byli całkowicie pozbawieni swoich gwiazd.

                Dla mnie, na tym etapie, Niemcy oczywiście odgrywali najważniejszą rolę, jednak bardzo liczyłam również na Chorwatów. Miałam nadzieję, że to właśnie te dwie drużyny spotkają się w finale.

Niemcy z każdym meczem byli coraz bardziej nakręceni i naprawdę przyjemnie oglądało mi się ich spotkania. Ta energia, radość, możliwości… ja nie umiem tego opisać. Chciałam więcej i więcej!
Pomimo pewnych kontrowersji, to właśnie oni wygrali walkę w półfinale!

źródło
Niestety nie udało się Chorwatom, których było mi strasznie szkoda, mimo to jedni i drudzy wciąż walczyli o medale.

                Jak ja nie mogłam się doczekać tych meczów! Słowo daję, w sobotę mnie nosiło. Chciałam już znać wynik! Niedzielę miałyśmy zajętą od samego rana, a teoretycznie do domu miałyśmy wrócić dosłownie równo z początkiem mecz o brąz- na szczęście udało się wcześniej!

Świetna oprawa, tak samo lecące minuty meczu.

źródło
źródło
Od początku sporo nerwów, jednak końcowo udało się! Chorwaci zdobyli brąz,


źródło
źródło
źródło
 a sam Duvnjak nagrodę MVP  w tym spotkaniu- chociaż moim zdaniem, powinien również dostać wyróżnienie w całym turnieju!

źródło
                Finał był dla mnie jeszcze bardziej emocjonujący i ciężko było wysiedzieć w miejscu. Wierzyłam w to zwycięstwo. Naprawdę w nie wierzyłam, chociaż dookoła wszyscy twierdzili, że Hiszpanie tak czy siak zgarną złoto.

źródło
Od rana chodziło to takie dobre przeczucie, jednak po pierwszym gwizdku wszystko staje się wielką nerwówką, a ja wręcz modliłam się do telewizora.
Spotkanie powiem wręcz nadspodziewanie dobrze się zaczęło. Szybka duża przewaga, świetne obrony naszego bramkarza, akcje… cudo!

źródło
Potem co prawda Hiszpanie dogonili, ale nie na długo. W 50 minucie można było być w zasadzie pewnym zwycięstwa! Niemcy ze złotem!


źródło
źródło

źródło
źródło
źródło
Zaskoczenie? Myślę,  że dla wielu olbrzymie!
Zupełnie nowy skład, młodzi chłopcy na których stawiało niewielu- dali radę! Zrobili coś na co miałam nadzieję, lecz realnie ciężko było mi w to uwierzyć przed turniejem.
Dla większości był to pierwszy turniej takiej rangi, z taką odpowiedzialnością, ale naprawdę dali radę. Oprócz umiejętności wygrali to także serduchem i tą energią, którą można było poczuć więcej i więcej z każdym meczem!
Dekoracja była już wisienką na torcie!

źródło
                Podsumowując cały ten turniej… była to jedna wielka niespodzianka! Czasem pozytywna, innym razem mniej. Organizacja była naprawdę niezła, a kibice… NAJLEPSI! Dzięki szczególnie tym ludziom, dzięki którym te dwa mecze na których byłyśmy będą niezapomniane do końca życia!


Ze sportowej strony.. Namieszało się. Porażki faworytów, świetna gra zespołów, które często były stawiane w roli „chłopców do bicia”, a znacznie wpłynęli na ogólny wynik! Wielu faworytów obniżyło loty i pomimo, że wygrywali spotkania, to realnie nie byli już o tą „klasę wyżej”, co miało miejsce jeszcze nie tak dawno. Może i dobrze. Spotkania były bardziej wyrównane, a każdy mógł rzeczywiście wygrać z każdym!

Coś jakby kocioł w wielkim worku, dał taki wynik, który w dwóch przypadkach- Niemców i Chorwatów bardzo mnie cieszy, jednak w jednym… Polaków bardzo zmartwił…
Finał był fajny, żal tylko, że zabrakło w nim gospodarzy...

Gratuluję wszystkim. Nawet ci którzy nie ugrali zbyt wiele, ale pokazali się z dobrej strony wygrali. Ci którzy zdobyli medale, to po prostu mistrzowie, a ja jestem dumna, że w tym gronie znalazła się jedna drużyna, którą w sercu mam już dłuuugi czas, oraz te które naprawdę lubię.

                Ten turniej jest już historią. Fajnymi wspomnieniami. Strasznie szkoda. Świetnym uczuciem były powroty do domu, ze świadomością, że wieczorem mecz. Teraz będzie tego bardzo brakować, ale już nie długo zaczną się inne. Do następnej wielkiej imprezy, mam nadzieję, że Polakom uda się odbudować i wskoczyć do tej strefy medalowej!



                To były fajne Mistrzostwa Europy! ;D
Copyright © 2016 1001 Podróży , Blogger